Michał Wenklar

Krakowski Oddział IPN i „Dziennik Polski" przypominają. Zaporczyk spod Gdowa

Współczesna tablica nagrobna Artura Lipowskiego. Fot. Michał Wenklar Współczesna tablica nagrobna Artura Lipowskiego.
Michał Wenklar

1945 r. Przy kamiennym grobowcu położonym na zalesionym wzgórzu Pogórza Wielickiego rozlega się salwa. Tak akowcy żegnali Artura barona Lipowskiego „Turka”, żołnierza legendarnego „Zapory”.

Matka wołała na niego Arturek, skracała to czasem do formy „Turek”. Artur Lipowski urodził się 24 lutego 1923 r., w ziemiańskiej rodzinie baronów Lipowskich, wywodzących się z Moraw, ale od lat osiadłych w Hucisku i spolonizowanych. Niewielkie Hucisko położone jest na wschodnim zboczu zalesionego wzgórza, oddalone nieco od głównego traktu między Dobczycami i Gdowem. W centrum wsi znajduje się do dziś dwór baronów Lipowskich. Na szczycie wzgórza, w gęstym lesie położony jest ich rodzinny grobowiec.

„Turek”

Choć Artur Lipowski niekiedy zżymał się na matczyne zdrobnienie, po wstąpieniu do AK przyjął ps. „Turek”. Jak wspominała później znająca go sanitariuszka, na Lubelszczyznę trafił uciekając spod Krakowa po zawodzie miłosnym. Służył w Oddziale Dyspozycyjnym Kedywu Okręgu AK Lublin majora Hieronima Dekutowskiego „Zapory”, brał m.in. udział w akcji pod Kożuchówką w lipcu 1944 r. Został wówczas postrzelony przez Niemców w obojczyk.

Gdy wojna się skończyła, Lipowski kontynuował walkę u boku „Zapory”, który stworzył jedno z najważniejszych zgrupowań partyzanckich powojennego podziemia niepodległościowego. „Turek” był ceniony przez dowódcę. Według badaczki dziejów zgrupowania Ewy Kurek, po zajęciu przez zaporczyków Urzędowa na Zamojszczyźnie, to Lipowski przemawiał do mieszkańców. Mówił wówczas: „Nie muszę wam tłumaczyć, kim jesteśmy i o co walczymy. Dziękujemy wam, urzędowiacy, w imieniu ojczyzny i w imieniu własnym, za waszą patriotyczną postawę i okazywaną nam na każdym kroku pomoc. Da Bóg, wspólnie dobijemy się do wolności!”. Gdy trzeba było przemówić do żołnierzy z „ludowego” Wojska Polskiego, przekonać ich, by nie strzelali do partyzantów zbrojnego podziemia, major Dekutowski zwracał się do Lipowskiego: „»Turek« mów do nich, mów przemówienie”.

Śmierć partyzanta

Nie zmogły go niemieckie ani sowieckie kule, ale pokonała go choroba, wyniszczająca młode, lecz zmęczone ranami i trudami partyzanckiego życia ciało. Został zamelinowany w Chmielniku, podejrzewano tyfus. W tych chwilach towarzyszyła mu sanitariuszka, Barbara Nagnajewicz „Krysia”, która opowiadała o tym później w zapisanej przez Ewę Kurek relacji. Wiosną 1945 r. stan zdrowia Lipowskiego dramatycznie się pogorszył. „Krysia” przewiozła go do szpitala sióstr szarytek w Lublinie, gdzie miała kontakty jeszcze z czasów wojny. Okazało się, ze to zaawansowana gruźlica. Leżący na wspólnej sali z innymi pacjentami „Turek” zaczął majaczyć w gorączce, wołał o strzelaniu, o broni. Siostry przeniosły go do oddzielnego pokoju.

„Krysia” miała świadomość, że to ostatnie chwile Lipowskiego. „To okropne, widzieć śmierć partyzanta w szpitalnym łóżku” - wspominała. W portfelu „Turka” znalazła adres jego rodziny, wysłała telegram. Matka „Turka”, Maria Lipowska, mieszkała jeszcze w pozostawionym im przez komunistów dworze w Hucisku. Wraz z bratem Artura, starszym o trzy lata Stefanem, natychmiast przyjechała do Lublina. „Turek” zmarł w ich obecności 10 czerwca 1945 r. Postanowiono szybko, że zostanie pochowany w rodzinnym grobowcu w Hucisku.

Ostatnia salwa

Hucisko jest położone w gminie Gdów, wówczas w powiecie myślenickim. Ubecy z Myślenic rzadko jednak zapuszczali się na te tereny. Ogólnie mówiąc, nie kwapili się, by wyjeżdżać z miasta do górskich czy pogórskich wiosek, gdzie wciąż niemal jawnie działali dawni akowcy, cieszący się poparciem ludności. Do Krakowa docierały tylko meldunki świadczące o aktywności żołnierzy podziemia: że w rejonie Gdowa pojawia się pięćdziesięcioosobowa grupa uzbrojona w automaty i pistolety; że w sąsiadujących z Huciskiem Kunicach rekwirowali świnie; że nocami słychać strzały na Sypkiej Górze przy wsi Kędzierzynka, położonej po drugiej stronie Raby; że partyzanci często bywają w samym Hucisku, odwiedzają chaty koło dworu. 10 czerwca 1945 r., gdy matka i brat czuwali u boku umierającego Artura Lipowskiego, w graniczącej z Huciskiem Niżowej odbywało się wesele. Koło 23.00 zabawę przerwało nadejście ok. dwudziestu partyzantów, którzy otoczyli dom, wylegitymowali gości i potem wspólnie się bawili, a odchodząc puścili kilka serii ku czci młodej pary.

W takiej atmosferze do Huciska zostało przywiezione kilka dni później ciało „Turka”. Przyjechała tu też „Krysia”, żeby uczestniczyć w pogrzebie. Artur baron Lipowski „Turek” został pochowany 14 czerwca 1945 r. Z zachowanego meldunku Urzędu Bezpieczeństwa możemy dowiedzieć się, jak wyglądała ta uroczystość. Ciało zostało złożone w rodzinnym grobowcu, w lesie na wzgórzu. Obecnych było sześciu żołnierzy podziemia - w cywilnych ubraniach, ale z bronią krótką i w furażerkach z białoczerwoną chorągiewką. Salwą z pistoletów pożegnali zaporczyka.

„Krysia” pozostała jakiś czas w dworze Lipowskich, żeby odpocząć i nabrać sił przed powrotem na Lubelszczyznę. Potem wróciła do majora Dekutowskiego. Ten podziękował jej za opiekę nad „Turkiem” i kazał zachować jego pistolet. Pod rozkazami „Zapory” służyła jeszcze półtora roku. Została aresztowana jesienią 1946 r. i skazana na dziesięć lat więzienia.

Niecierpliwość szefa UB

Meldunek o pogrzebie nie był wolny od błędów. Opisując uroczystość funkcjonariusz UB zapisał, że „Turek” był komendantem AK i zginął w Miechowskiem. Pewnie przez błąd maszynistki zapisano też „baran” zamiast „baron”. Pozostałe informacje były ścisłe. Razem z wiadomością o zajściu na weselu w Niżowej przekroczyły miarę cierpliwości szefa bezpieki w województwie krakowskim Jana Freya-Bieleckiego.

W krytycznych listach z końca czerwca 1945 r. wysyłanych do funkcjonariuszy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Myślenicach grzmiał, że nie pracują, że przesyłają puste sprawozdania, a pod ich okiem akowcy robią co chcą. Przypominał myślenickim ubekom, że ich zadaniem jest rozbicie „band”, jak komuniści nazywali oddziały podziemia, a nie tylko troska o własne bezpieczeństwo. „Uznajecie, że to już wszystko, że obstawić tylko swój budynek rkm-ami i nie dopuścić do siebie nikogo - karcił myślenickich ubeków w czerwcu 1945 r. - to nie jest naszym zadaniem”. Nakazywał natychmiastowe podjęcie działań zmierzających do likwidacji „band” przebywających w „Chuckim lesie” [sic!].

Wkrótce myślenicka bezpieka rzeczywiście podjęła próbę rozpracowania struktur konspiracji między Gdowem a Dobczycami. Na „utrwalenie władzy ludowej” na tym terenie trzeba było jednak jeszcze poczekać. Rok później, w czerwcu 1946 r., powstanie oddział Ruchu Oporu Armii Krajowej Franciszka Mroza „Żółwia”, „Bobra” z pobliskiej Skrzynki, znanego z czasów wojny jako dowódca Oddziału Partyzanckiego AK „Żółw”. Aż do października 1950 r. będzie funkcjonować na pograniczu powiatów myślenickiego, wielickiego i bocheńskiego ostatnia grupa zbrojna z udziałem Franciszka Mroza i Józefa Miki „Leszka”.

Cykl powstaje we współpracy z krakowskim oddziałem Instytutu Pamięci Narodowej. Autorzy są historykami, pracownikami IPN.

Michał Wenklar

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowosci.com.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2019 Polska Press Sp. z o.o.