Sprawa Jarosława Ziętary. Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?

Czytaj dalej
Fot. Łukasz Gdak
Leszek Waligóra

Sprawa Jarosława Ziętary. Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?

Leszek Waligóra

Rozmowa z Łukaszem Cieślą, dziennikarzem, współautorem (wspólnie z Jakubem Stachowiakiem) książki „Dziennikarz, który wiedział za dużo. Dlaczego Jarosław Ziętara musiał zginąć?"

Porwany, torturowany, zamordowany. Dziennikarz. W Twojej i Jakuba Stachowiaka książce „Dziennikarz, który wiedział za dużo”, opisujecie kulisy sprawy Jarosława Ziętary. Nie przyszło Tobie do głowy, że sam jako dziennikarz, jesteś tym zagrożony?

Ostatnio z kimś na ten temat rozmawiałem. Stwierdziłem, że to już są inne czasy, Ziętara został zamordowany na początku lat 90., teraz dziennikarz nie jest tak zagrożony jak kiedyś. I od razu nasunęła mi się sprawa Jana Kuciaka, dziennikarza ze Słowacji, który 3 lata temu został zamordowany wraz z narzeczoną. Dziennikarz zawsze więc musi się liczyć z różnymi konsekwencjami, represjami związanymi ze swoją pracą. W dzisiejszych czasach głównie z odpowiedzialnością prawną. Jednak fizyczną przemocą, jako grupa zawodowa, byliśmy bardziej zagrożeni w PRL-u i w okresie transformacji.

Polska się ucywilizowała?
Myślę, że tak. Pracuję w mediach prawie 20 lat. Miałem, owszem, historie z pogróżkami, czy dziwnymi telefonami. Każdy pewnie dziennikarz wie, że środowiska przestępcze, jeśli nimi w swojej pracy się zajmujemy, starają się jakąś presję wywierać. Ale nie było tak, żebym czuł się fizycznie zagrożony.

Wtedy, na początku lat 90. było tak łatwo „odstrzelić” dziennikarza, czy Jarosław Ziętara był aż tak groźnym reporterem?
Zwróciłbym uwagę na charakter ówczesnych zjawisk gospodarczych oraz to, do kogo wówczas należały gazety. Polska przechodziła z jednego systemu w drugi i pełno było takich lokalnych, nowobogackich biznesmenów, z których wielu miało ambicje, aby posiadać własne wydawnictwo czy gazetę. I wiele tytułów było „podwieszonych” pod lokalnego biznesmena. Dużo zależało od nich i o wielu rzeczach oni decydowali.

Gdyby dziś wydarzyło się coś takiego, media i służby zachowywałyby się zupełnie inaczej. Służby pracowałyby przy bardziej otwartej kurtynie. Co pewnie też wpłynęłoby na to, że taka historia dziś by się nie wydarzyła, to znaczy nie miałaby takiego przebiegu. Zdarzyła się wtedy, bo tamci biznesmeni czuli się bardziej bezkarni niż dziś. Tacy ludzie jak Aleksander Gawronik, byli bohaterami zbiorowej świadomości. Polakom takie osoby imponowały. Słyszeliśmy słowa podziwu, jaką to wspaniałą firmą był Elektromis, ludzie byli wręcz dumni, że taka wielka firma powstała w Poznaniu, tak świetnie sobie radziła. Biorąc pod uwagę, że państwo dopiero się tworzyło, a biznesmeni z tamtych lat cieszyli się szacunkiem, może też otaczała ich aura tajemniczości, to koniec końców – czuli, że sporo mogą. I mogli na więcej sobie pozwolić. I historia to potwierdziła. Dziennikarz wychodzi z domu, nie dociera do redakcji, a przez rok nie ma śledztwa. Dziś byłoby to niemożliwe. Prokuratura od razu zajęłaby się sprawą, choć nie jestem pewien, z jakim skutkiem.

Czy gdyby wtedy, od razu, na poważnie zajęto się sprawą – wówczas jeszcze zaginięcia – Jarosława Ziętary, zostałaby ona rozwiązana?
Jest takie powiedzenie: sprawca jest zawsze w pierwszym tomie akt. I coś w tym jest. Gdy analizowaliśmy tamten okres, co się mówiło i pisało w tamtym czasie, to wątek Elektromisu i Aleksandra Gawronika, pojawił się dość szybko. Może wielu osobom nie śniło się wtedy, nie dopuszczało myśli, że Jarek został zamordowany. Wtedy policja twierdziła, że gdzieś wyjechał, myślano o samobójstwie. Ale po ponad roku jeden ze śledczych napisał w aktach, że bierze pod uwagę przestępczy charakter zniknięcia. Wtedy przeciwko Elektromisowi nie toczyły się żadne sprawy, były one umarzane, nie widziano w tej działalności żadnego przestępstwa. Elektromis to było państwo w państwie, określane jako wyjęte spod prawa. Nie badano tego.

Dlatego, że nikt nie zajął się sprawą na poważnie? Czy dlatego, że od samego początku osoby, które mogły mieć związek z porwaniem i – jak dziś wiemy: zabójstwem – dziennikarza – były pod parasolem? Pod parasolem służb, mediów, opinii publicznej?

Myślę, że odpowiedzi jest kilka i każda zawiera w sobie prawdę. Gdy rozmawiałem z prokuratorami i policjantami z tamtych czasów, o niektórych mam jak najlepsze zdanie, to nawet w ich wypowiedziach pobrzmiewa myśl, że nikt nie brał pod uwagę, że to tak poważna sprawa, w którą mogą być zamieszani biznesmeni z Poznania. Ale z drugiej strony myślę, że również powiązania biznesmenów mogą wskazywać na powód, dla którego od początku nie poprowadzono tej sprawy właściwie, to jest nie prowadzono jej wielowątkowo. Od początku brano pod uwagę jedynie możliwość rzekomego samobójstwa i rzekomej ucieczki. Rzeczywistość przerosła wyobrażania ludzi.

A potem przyszedł 1994 i artykuł „Korupcja w poznańskiej policji”. Pokazywał, jak działali ówcześni biznesmeni. Przypomnę Zdzisława W., dla którego wcześniej policjanci śpiewali „sto lat”, a był przestępcą. Później dwukrotnie sfingował swoją śmierć, by uniknąć odpowiedzialności karnej, ale wcześniej był sponsorem poznańskiej policji. Wtedy była ona potężnie zaniedbana, ratowała się datkami od takich szemranych biznesmenów. Policjant z Grunwaldu opowiadał mi, że komisariat pracował wówczas na sprzęcie podarowanym przez Elektromis. To jak ta komenda miała zajmować się sprawą Elektromisu w powiązaniu ze zniknięciem Ziętary?
20 lat zajęło zanim na poważnie wymiar sprawiedliwości zajął się sprawą. A zajął się tylko dlatego, że przez te lata nie umarło zainteresowanie medialne, podtrzymywane przez artykuły Krzysztofa Kaźmierczaka. Choć inne media długo nie podchwytywały tej sprawy. Dopiero na samym końcu wspólny list redaktorów naczelnych doprowadził do ponownego zainteresowania sprawą przez prokuraturę.

Pytasz o rolę mediów?
Raczej zmierzam do zarzutu, jaki niektórzy obserwatorzy mogą podnosić: że przecież tak wiele spraw przez lata leżało i leży odłogiem, a tu my, przedstawiciele mediów, domagamy się uwagi dla siebie i swojej sprawy.
Nie mam poczucia, aby ta sprawa była traktowana wyjątkowo dobrze. To była sprawa zapomniana, o pamięć o Jarku Ziętarze dbał przez pewien czas tylko Krzysztof Kaźmierczak i dobrze się stało, że po jego i Piotra Talagi tekstach, ta sprawa została odkurzona, przeniesiona poza Poznań, do Krakowa, i w końcu udało się coś zrobić. Ale gdyby Jarek Ziętara, dziennikarz, był szczególnie traktowany, ta sprawa nie trwałaby tak długo.

Jak oceniasz, jakim był dziennikarzem?
Czytałem wiele jego tekstów, zwłaszcza te, które ukazywały się w tygodniku Wprost. Biorąc pod uwagę, jakimi tematami się zajmował, uwzględniając to, że był w pewnej komitywie ze służbami specjalnymi, myślę, że był dziennikarzem ambitnym. Chodził własnymi ścieżkami, nie dzielił się wiedzą ze znajomymi czy rodziną. Miał dostęp do wielu ciekawych rzeczy, myślę, że służby też podrzucały mu ciekawe tematy. Jeden z nich doprowadził do jego zniknięcia, do śmierci.

A jakim dziennikarzem miał szansę się stać?
Unikam sformułowań: dziennikarz śledczy. Był bardzo młodym człowiekiem, miał szansę stać się bardzo dobrym dziennikarzem, ale już był dziennikarzem. Ambitnym i zdolnym. Ale patrząc po sobie, zaczynałem w podobnym wieku, jak on, trudno mówić kimś, kto ma 24 lata, że już jest wybitnym dziennikarzem.

Mam wrażenie, że przez lata w tej sprawie nie było żadnych punktów zaczepienia, w kolejnych publikacjach mogliśmy przeczytać jedynie kolejne hipotezy. Wy od tego w książce zresztą nie uciekacie, przedstawiacie różne punkty widzenia. Czy teraz ta prawda, która ostatecznie trafiła do sądu, to już prawda ostateczna?

Nie ma prawdy ostatecznej w tej sprawie. Wciąż są niewiadome. Część tej historii, jeśli pójdziemy tropem narracji prokuratury, która jest prezentowana przed sądem, ma luki. Aleksander Gawronik miał podżegać do zabójstwa, ale nie zlecać. To kto to zlecał? Potem mamy ochroniarzy z Elektromisu jadących porwać Ziętarę, którzy przekazują go nieustalonym zabójcom. Nie wiemy więc, kto zlecał, nie wiemy kto zabił, nie ma ciała. Może ta książka coś zmieni? Może na nowo otworzy pewne pytania?
Mam nieodparte wrażenie, że są osoby, które mają wiedzę o tej sprawie, ale nie chcą mówić, nie zostały przesłuchane. W aktach niektóre kwestie zostały zaledwie liźnięte. Mam wrażenie, że nie wszystkie wątki zostały zbadane. Moim zdaniem nie próbowano wyjaśnić choćby tego, co wydarzyło się wcześniej, sięgnąć do genezy powstania Elektromisu, czemu my przyjrzeliśmy się w książce. A to mogłoby wyjaśnić, dlaczego zginął Jarosław Ziętara. Nie znamy kilku fundamentalnych odpowiedzi. Choćby do wyjaśnienia jest rola Mariusza Ś.

I tu pytanie: rozmawialiście z nim?
Od lat unika on mediów, próbowaliśmy do niego dotrzeć, pomimo kilku prób i propozycji nie udało się mi z nim porozmawiać. Ale za to wytoczył mi prywatny akt oskarżenia.

---------------------------

Zainteresował Cię ten artykuł? Szukasz więcej tego typu treści? Chcesz przeczytać więcej artykułów z najnowszego wydania Głosu Wielkopolskiego Plus?

Wejdź na: Najnowsze materiały w serwisie Głos Wielkopolski Plus

Znajdziesz w nim artykuły z Poznania i Wielkopolski, a także Polski i świata oraz teksty magazynowe.

Przeczytasz również wywiady z ludźmi polityki, kultury i sportu, felietony oraz reportaże.

Pozostało jeszcze 0% treści.

Jeżeli chcesz przeczytać ten artykuł, wykup dostęp.

Zaloguj się, by czytać artykuł w całości
  • Prenumerata cyfrowa

    Czytaj ten i wszystkie artykuły w ramach prenumeraty już od 2,46 zł dziennie.

    już od
    2,46
    /dzień
Leszek Waligóra

Dodaj pierwszy komentarz

Komentowanie artykułu dostępne jest tylko dla zalogowanych użytkowników, którzy mają do niego dostęp.
Zaloguj się

plus.nowosci.com.pl

Polska Press Sp. z o.o. informuje, że wszystkie treści ukazujące się w serwisie podlegają ochronie. Dowiedz się więcej.

Jesteś zainteresowany kupnem treści? Dowiedz się więcej.

© 2000 - 2021 Polska Press Sp. z o.o.